Będzie mój ostatni związek

to czeka mnie psycholog bo mam tak samo,piszcie w komentarzu kto z was tez ma podobnie

2020.11.03 22:58 scottmalkinson4th to czeka mnie psycholog bo mam tak samo,piszcie w komentarzu kto z was tez ma podobnie

Witam. Mam 22 lata i życie staje się dla mnie coraz trudniejsze. Postaram się ująć objawy CZEGOŚ co przeszkadza mi w normalnym funkcjonowaniu: - Od dzieciństwa prowadzę samotniczy tryb życia. Izoluję się, nawet jeśli tego nie chcę. Ludzie podchodzą do mnie z dystansem, ja do nich też. W zasadzie nie ufam ludziom. Jestem strasznie zamknięta. Myślę, że inni to widzą i dlatego się do mnie nie zbliżają. Kiedyś mi to nawet przeszkadzało, teraz jest to obojętne. W szkole miałam ze 2-3 koleżanki, ale od czasu studiów nie mam żadnych znajomych. Na co dzień rozmawiam tylko z moim chłopakiem albo mamą. Nie liczę kontaktów wirtualnych, których mam trochę więcej, ale chyba to się nie liczy... Zresztą one też są dość powierzchowne, bo nie chce mi się już gadać z ludźmi ani ich poznawać. Nie interesują mnie, naprawdę. Przez ostatnie półtora roku nie poznałam na żywo żadnej nowej osoby i wcale mi to nie przeszkadza. Nie utrzymuję praktycznie kontaktu ze znajomymi ze szkoły, spotykamy się raz na rok. Przez cały okres szkolny nie miałam żadnego chłopaka, mimo że jestem całkiem ładna. Nikt mnie nigdy nie zaczepiał, podrywał etc. WSZYSTKICH swoich partnerów poznałam przez internet, inaczej nigdy bym z nikim nie była. W przedszkolu zazwyczaj bawiłam się sama, potrafiłam też całkiem nieźle rysować, więc inne dzieci mnie za to lubiły i byłam dla nich jakimś "autorytetem". Czasami spotykałam się z nimi poza przedszkolem. Mimo wszystko, nawet tam byłam zamknięta, często bawiłam się sama. Moją jedyną "kartą przetargową" były moje rysunki. W szkole podstawowej nie miałam już żadnej karty, toteż moja pozycja społeczna na tym nieco ucierpiała i byłam outsiderką, ludzie raczej traktowali mnie obojętnie. W gimnazjum z kolei chciałam wyskoczyć przez okno, ale nie starczyło mi odwagi. Chciałam się zabić, ponieważ czułam, że ludzie mnie nie akceptują i była to prawda niestety. Nie byłam zbyt lubiana wtedy, głównie dlatego, że ubierałam się w byle co, bo ogólnie miałam wtedy swój wygląd gdzieś.... Przez rok albo dwa lata w liceum, udawałam kogoś kim nie jestem. Idąc do liceum koniecznie chciałam być lubiana, dlatego udawałam bardziej wyluzowaną, pewną siebie osobę, która ma cięte riposty i dużo energii. Po powrocie do domu pogrążałam się w apatii, która od tamtego czasu ciągle się pogłębia. Poza tym, moje działania przynosiły marny skutek. Nie potrafiłam przebić tego muru dzielącego mnie od ludzi. Tego dystansu. Pod koniec liceum i na studiach nastąpiło moje zupełne oderwanie od ludzi. Nie chcę nawet ich poznawać, udawać. Nie potrafię chyba być sobą przy ludziach albo moja prawdziwa osobowość jest zbyt blada, żeby dało się ją przy ludziach zauważyć. Moją jedyną ambicją było znalezienie sobie faceta, co też mi się parę razy udało, przez wspomniany już internet. - Kiedyś występowały u mnie objawy nieco narcystyczne: wyobrażałam sobie, że jestem kimś znanym, jakąś gwiazdą etc. Ilekroć znajdowałam sobie nowe hobby, już na początku wyobrażałam sobie, że jestem w tym najlepsza na świecie, co mnie skutecznie wypalało, bo same takie myśli mi wystarczały, zamiast fizycznych dowodów. Ogólnie przez całe życie szukam sobie jakiegoś zajęcia i żadnym nie mogę się jakoś interesować dłużej niż parę dni. Przerobiłam już siebie jako tancerkę, mistrza karate, aktorkę, pisarkę, a najczęściej kogoś o nieokreślonych zdolnościach, ale znanego. Odczuwam ciągłą potrzebę bycia kimś niezwykłym, docenionym. Takie fantazjowanie trwało u mnie dość długo, skończyło się mniej więcej w liceum. Przestało mi wystarczać fantazjowanie o swojej wielkości, chciałam coś osiągnąć. Niestety, okazało się to bardzo trudne, ponieważ zupełnie brak mi konsekwencji i zadowalam się samą wizją bycia dobrym w jakiejś dziedzinie. Kiedyś wydawało mi się, że mam talent w zasadzie do wszystkiego, że mogłabym być kimkolwiek i osiągnę coś niesamowitego. Teraz wydaje mi się, że zawsze będę nikim, ponieważ zawiodłam się na sobie tak wiele razy, że nie wiem czy jestem zdolna nawet skończyć studia. - Jestem pogrążona od 5 lat mniej więcej w letargu. Brakuje mi pasji do czegokolwiek, a opanował mnie strach o mój los. Coraz częściej czuję, że chciałabym żeby ktoś się mną zaopiekował i zajął moim życiem, bo ja nie potrafię. Uciekłam w swój związek i uzależniłam się od mojego chłopaka. Ostatnio od tego odchodzę, bo zdałam sobie sprawę, że jednak moje życie jest ważniejsze. Próbuję znaleźć sobie jakieś zajęcie, coś wymyślić, ale zawsze ostatecznie pogrążam się w bezmyślnym surfowaniu po internecie. - Od tych 5 lat mam kłopoty z koncentracją i nauką, otępieniem, apatią, ponieważ jakby zanegowałam sens czegokolwiek. Nie widzę sensu w uczeniu się, w rozwijaniu. Jutro mam egzamin, ale nie obchodzi mnie to. Czuję się tak, że wolałabym umrzeć, niż się do niego uczyć. Nie potrafię się do niczego zmusić. A najmniej do jakiejkolwiek nauki. W liceum szło mi dość kiepsko, chociaż mogłabym mieć naprawdę dobre oceny. Ale nie obchodzi mnie rywalizacja, bycie lepszym, nawet dla samej siebie, nie mówiąc o innych. Na początku studiów próbowałam sobie wmówić, że chcę być najlepsza i że mnie interesują moje studia etc., ale nie mogę. Wtedy też mniej więcej ostatecznie zakończyły się moje wizje o byciu super. Próbowałam wielokrotnie zaczynać od początku, małymi krokami coś pożytecznego robić, ale nie potrafię wytrwać dłużej niż pół dnia. Nie potrafię znaleźć w robieniu czegokolwiek jakiejkolwiek przyjemności czy celu. Zaczęłam nawet czytać o hinduizmie, buddyzmie, medytować, bo widzę sens tylko w izolacji, oderwaniu od rzeczywistości i uzależnienia od pieniędzy, przedmiotów, ludzi, świata. Nie potrafię już normalnie funkcjonować ani udawać, że to robię. Mój dzień wygląda tak, że idę na uczelnię, jak mi się zachce, a potem cały dzień siedzę przed komputerem. Mam wyrzuty sumienia z tego powodu, ale nie potrafię się do niczego zmusić. Lubię też oglądać filmy i słuchać muzyki, ale bywają okresy, że na to też nie mam ochoty. - Przez większość swojego życia byłam skupiona na swoim wyglądzie fizycznym i to w nim upatrywałam swojego towarzyskiego niepowodzenia (mimo że jestem atrakcyjna). Zawsze sobie wmawiałam, że kiedy wreszcie schudnę (chociaż nie jestem gruba, ale w gimnazjum byłam trochę przy kości), będę mogła zająć się nauką, rozwojem intelektualnym. Nie wiem, dlaczego tak sobie wmówiłam, ale tak jest nadal. Nadal moim priorytetem jest schudnięcie, a kiedy już schudnę, zajęcie się całą resztą mojego życia. Prawdopodobnie jest to moja jakaś wymówka, w dodatku tak idiotyczna, że aż wstyd mi się do niej przyznawać.:/ Zawsze sobie myślę, co zrobię, kiedy już schudnę. Tylko że nie chudnę, dlatego też przez 10 lat takiego myślenia spowodowało to jakby marazm, poczucie, że stoję w miejscu przez jedną idiotyczną rzecz. i wiecie co? Nawet jak mi powiecie, żebym się na tym nie skupiała, jak i tak będę chciała schudnąć te 7-8 kg. Mogę spróbować nadać temu mniejszy priorytet, ale to zawsze będzie jedna z ważniejszych rzeczy w moim życiu. Raz udało mi się sporo schudnąć i bardzo dziwnie się wtedy zachowywałam. Czułam się jak jakiś bóg. Mój wygląd fizyczny bardzo wpływa na moją psychikę. Wystarczy, że trochę schudnę i już czuję, że mogę wszystko (prawie). Tylko trochę utyję i znowu jestem na dnie. Miałam kiedyś napady obżarstwa, było to w gimnazjum i liceum, teraz już w zasadzie nad tym panuję. - Moje związki z facetami są dość burzliwe. Tzn. dotyczy to głównie mojego obecnego związku. kiedy jestem z moim chłopakiem, wszystko jest OK, jest wspaniały etc. Kiedy się z nim rozstaję i na przykład tak jak teraz siedzę przed komputerem bez niego, w mojej głowie zaczynają pojawiać się myśli czy mnie przypadkiem nie zdradza albo sobie kogoś nie szuka. Wiem, że nie, bo wielokrotnie dawał dowody na to, że jest osobą godną zaufania. A jednak nie potrafię mu zaufać w 100%, co jest przyczyną kłótni. Mniej więcej raz na miesiąc mi odbija, twierdzę, że on mnie źle traktuje (chociaż tak nie jest), że mnie uważa za idiotkę (to też nieprawda), że zaraz się mną znudzi, że nie wiem dlaczego ze mną jest etc.etc. Czasami niestety zdarza mi się go uderzyć, czego zaraz potem bardzo żałuję i jest mi wstyd. Ogólnie wtedy chyba wychodzi moja niska samoocena. A to jest tym bardziej dziwne, że kiedy jestem sama, uważam, że jestem OK, jestem inteligentna, atrakcyjna, ale nie na zasadzie, że jestem boginią, tak jak kiedyś, tylko w miarę pozytywnie się oceniam. Natomiast przy innych ludziach - nie tylko przy moim facecie - czuję się często jak zero, chociaż kiedy jestem sama, to oni są dla mnie mniej warci ode mnie (obie oceny są bardzo subiektywne). Muszę się starać przy innych ludziach, żeby nie czuć się mniej warta od nich, nawet jeśli widzę ich głupotę. Dla mnie są więcej wtedy warci, bo potrafią żyć z innymi ludźmi, studiować, osiągać coś, a ja nie. Dopiero kiedy jestem sama dostrzegam, że jestem coś warta. - Jeszcze coś istotnego na koniec: mój tata umarł, kiedy miałam rok, moja mama sama mnie wychowywała. Kiedy miałam 8 lat, poznała pewnego faceta, którego bardzo nie lubiłam. Wtedy naprawdę wariowałam, wyzywałam ją, biłam, płakałam, wszyscy sąsiedzi o tym wiedzieli. Czułam, że już mnie nie kocha, że mnie opuszcza, że woli jego. W końcu oni się rozstali. Tzn. dobrze że się rozstali, ponieważ on ją źle traktował, czasami ją dusił, a ja na to niestety patrzyłam.:/ Po tym moja mama miała do mnie przez rok albo dwa pretensje, że to moja wina, że nie są razem. Raz na miesiąc upijała się (bo tylko raz na miesiąc miałyśmy pieniądze, wtedy było nam dość ciężko pod względem materialnym) i wydzwaniała do jego znajomych, wyzywała ich. Czasami chodziła ze mną do sklepów podpita i czułam się z tego powodu niezręcznie bardzo. Po paru latach nasze stosunki się poprawiły, ale ciągle jeszcze czasami mi powtarzała jak jej ciężko i że nie wie, po co mnie urodziła. Wiem, że było jej ciężko samej mnie wychowywać, ale to spowodowało, że urosła między nami duża bariera. Przez parę lat byłam zupełnie nieczuła w stosunku do niej. To się zmieniło, kiedy poznałam mojego obecnego chłopaka. Jakoś tak dojrzałam, zaczęłam ją doceniać. Zdałam sobie wreszcie sprawę, że nikt mnie nie będzie kochać tak, jak ona mnie. Teraz bardziej o nią dbam, kupuję jej prezenty. Teraz jest już lepiej między nami, ale ona i tak ma też jakieś kłopoty psychiczne. Na przykład dostaje histerii, bo nie wie, czy nie zostawiła okularów w sklepie i zaczyna znowu mówić, że nie wie po co żyje etc. Jest dość nerwowa i ma o mnie złą opinię. To znaczy ona twierdzi, że tak nie jest, ale to wychodzi podczas naszych kłótni. Ona uważa, że ja wszystkich oszukuję, że zależy mi tylko na pieniądzach, że chcę ją wykończyć, chociaż jest to bardzo dalekie od prawdy. Nie wiem, dlaczego mnie posądza o takie rzeczy. W każdym razie, pomimo że wiem, że mnie i tak kocha, jej zachowanie w stosunku do mnie na pewno miało na mnie negatywny wpływ i być może naśladuję jej zachowanie w stosunku do moich partnerów. Ona nikomu nie ufa i uważa wszystkich ludzi za kretynów. Nie przyjmuje krytyki swojej osoby ani nie potrafi od wielu lat zmienić zdania na mój temat. Nigdy nie interesował jej mój wygląd fizyczny, więc nie mogę powiedzieć, żeby moja obsesja w tej kwestii miała z nią związek. Jest jeszcze parę innych objawów, ale to te najważniejsze...
submitted by scottmalkinson4th to Polska [link] [comments]


2020.07.17 13:00 jw_mentions /r/Polska - "Stan psychiczny na rok 2020"

I am a bot! Please send NotListeningItsABook a private message with any comments or feedback on how I work.
EDIT: As of Sun Jul 19 09:09:28 UTC 2020, the post is at [6pts2c]

About Post:

--- --- Notes
Submission Stan psychiczny na rok 2020
Comments Stan psychiczny na rok 2020
Author bloomer_from_poland
Subreddit /Polska
Posted On Fri Jul 17 09:11:37 UTC 2020
Score 6 as of Sun Jul 19 09:09:28 UTC 2020
Total Comments 1

Post Body:

Witajcie ziomeczki.
To już jest, któryś raz kiedy postanawiam napisać na naszym subie dłuższy post odnoszący się do mojego stanu psychicznego? Dlaczego? Sam właściwie nie wiem. Usprawiedliwiam się tym, że może to komuś pomoże, kiedy zobaczy, że inni również mają źle. W głębi duszy jednak wiem, że jest to bardziej egoistyczne podejście - szukam miejsca do wygadania i posłuchania miłych słów. Postanowiłem stworzyć tego posta w formie listy, gdzie każdy punkt będzie mówił o innym aspekcie mojego życia. Wydaje mi się, że taka forma będzie bardziej przejrzysta i milsza dla oka. Więc zaczynajmy.
1. Życie zawodowe
Pracuję na uniwerku. Zawsze chciałem związać swoją przyszłość z nauką i czułem, że robię to co lubię. Początkowy entuzjazm stopniowo jednak wyparowywał. Czuję, że moja głowa przestała być tym czym kiedyś była. Straciłem pociąg do "ciekawostek", dzielenia się z innymi nowościami z nauki, nawet zwykłego czytania książek. Do pracy NIE chodzę jak za karę, jednak czuję się w stanie permanentnego zawieszenia. Nie potrafię domknąć żadnego mniejszego czy większego projektu. Im dłużej rzeczy tkwią w zawieszeniu, tym trudniej do nich wrócić przez co narasta wrażenie, że nie potrafię podołać takiemu zadaniu.
Z pracą wiążą się oczywiście zarobki. Uważam, że nie mam złej pensji - są ludzie którzy zarabiają dużo więcej, są ludzie którzy zarabiają dużo mniej. Kiedy zaczynałem pracę 3 lata temu, byłem w siódmym niebie dostając powiedzmy swoje pierwsze, niemałe pieniądze. Na chwilę obecną nie ma miesiąca, żebym dotrwał do końca na plusie. Wynika to z kilku rzeczy o których opowiem zaraz. Czuję permanentny strach przed brakiem pieniędzy, który tworzy u mnie taki odruch, że "idź kup sobie monsterka i coś tam jeszcze, potem będziesz się martwił.". Każdego dnia właściwie ustalam sobie budżet na każdy dzień do końca miesiąca i każdego dnia go przekraczam. Wiem, że może to brzmieć żałośnie, ponieważ ludzie żyją za najniższą krajową, ale ja po prostu nie umiem nie wydawać. Próbowałem budżetów, próbowałem wypłacanie gotówki, żeby nie płacić kartą. Zawsze przychodzi moment załamania i pieniądze znikają.
2. Życie towarzyskie
Takowego właściwie nie posiadam. Mam dwie, trzy osoby, z którymi utrzymuję stały kontakt na FB, jednak nie pamiętam kiedy ostatnio z kimkolwiek spotkałem się w rzeczywistości. Z czego to wynika? Z jednej strony żal mi pieniędzy. Z drugiej, po prostu nie mam ochoty ani siły. Wolę wrócić do domu, zostać w czterech ścianach i udawać, że bez przerwy ogarniam mieszkanie, którego swoją drogą nie potrafię doprowadzić do stanu czystości (o tym zaraz). Nie czuję bezpośredniego efektu braku kontaktu z ludźmi, jednak jestem świadomy, że takowy jest niezbędny i gdzieś na głębszych poziomach powoli mnie to wyniszcza.
3. Rekreacja
Rzeczą, która bardzo zmieniła moje życie, było podjęcie współpracy z trenerem personalnym. Od pół roku regularnie trenuję i czuję się przy tym świetnie. Widzę poprawę w wyglądzie oraz w samopoczuciu po treningu. Problem rodzi się w momencie, kiedy myślę o kosztach. Jest to kolejna rzecz, która bardzo narusza mój budżet. Myślałem parę razy nad zrezygnowaniem ze współpracy ale: boję się zawieść trenera (skrzywdzić czy jakkolwiek to nazwać), ale też nie chcę sobie odbierać tej jednej przyjemności. Wiem, że bez treningów, zasiedziałbym się do końca. Nie potrafię ćwiczyć sam na siłowni. Czuję cały czas na sobie oceniający wzrok innych, boję się braku swojego doświadczenia w szeroko pojętej technice oraz wiem, że bez zobowiązania finansowego nie będę umiał sam zmotywować się do trenowania. Być może świadczy to o mojej słabości. Z pewnością. Ale tak już mam.
4. Używki
Nie chcę mówić co - możecie założyć, że to alkohol, papierosy, narkotyki. Na tym etapie nazwę to po prostu używką. Przez dłuższy czas nie miałem z tym żadnych problemów, jednak ostatni miesiąc doprowadza mnie na skraj wydolności psychicznej, przez co częściej po to sięgam. Kolejna rzecz, która mocno narusza mój budżet i przy której czuję, że niszczę sobie życie. Mogę mówić, że nie jestem uzależniony i rzeczywiście, nie czuję, że muszę "użyć" bo jak nie to wykituję. Jednak działa to podobnie jak z wspomnianym wcześniej wydawaniem pieniędzy w sklepie. Po prostu kupuję, użyję, czuję się dobrze, jednak mam później niesamowite wyrzuty sumienia, że popadam w nałóg, że tracę jakąś swoją niewinność. Naprawdę tego nie chcę. Ale nie wiem jak temu zapobiec.
5. Miłość
To jest jedna z rzeczy, które ostatnio najmocniej mnie wyniszczyły. Przed kwarantanną poznałem dziewczynę. Sama kwarantanna miała na nas wpływ taki, że spędzaliśmy ze sobą każdą możliwą chwilę. Przez pryzmat czasu widzę, że działa to na niekorzyść, szczególnie na początku związku. Osoba ta ma również swoje problemy i ostatecznie związek się zrobił bardzo toksyczny. Nie potrafię go zakończyć ani ja, ani ona. Pisząc to, mam łzy w oczach, bo nie chcę jej stracić, ponieważ wiem, że to nie jej wina, że mamy zryte banie. Ale działamy na siebie destruktywnie. Czuję też, że urwanie kontaktu mogłoby być dla jednej ze stron wyniszczające do końca. Jest to kolejna rzecz, która wisi mi w powietrzu, z którą nie mam pojęcia co zrobić, ponieważ mam wrażenie, że każde wyjście jest złe.
6. Zdrowie
Jestem pod stałą opieką psychiatryczną. Od ponad pół roku przyjmuję escitalopram. Początkowo było lepiej, nawet kwarantannę nieźle przeżyłem, ostatnimi czasy jednak czuję, jakbym wrócił do początku przygody z depresją. Nie wiem co tutaj więcej powiedzieć.
Choruję też na inną, rzadką, śmiertelną chorobę. Jestem w fazie remisji, jednak przyjmuję leki silnie obniżające moją odporność. Obniżona odporność dodać pandemia wirusa, pomimo tego, że znów nie odczuwam tego bezpośrednio, wpływa na moją psychikę i samopoczucie. Nie boję się powiedzieć, że po prostu się boję. Boję się, że jak mnie to dorwie, to będę musiał wrócić do szpitali, uderzy mnie to silniej niż inne osoby w moim wieku, albo że po prostu umrę.
Jedna próba samobójcza - prostacka, nie mająca prawa się udać, chyba tylko na pokaz i żeby jeszcze się dobić.
7. Dom
Mieszkam na swoim, sam. Kredytu żadnego nie spłacam, dzięki czemu za mieszkanie płacę stosunkowo niewiele. Otacza mnie ciągły syf i nieporządek. Raz na jakiś czas uda mi się ogarnąć mieszkanie do perfekcji i wówczas czuję się wspaniale. Większość czasu jednak na ziemi walają się ubrania, papiery, opakowania po jedzeniu. W kuchni często zostają brudne naczynia, które ogarniam dopiero, kiedy zaczynają zachodzić pleśnią. Wracając do domu i widząc ogrom tego otaczającego bałaganu, puszczam to po prostu mimochodem. Odwracam wzrok i siadam do komputera, gdzie nawet nie gram w gry komputerowe, tylko bezwiednie i bez celu scrolluje FB, YT, Reddita czy Twittera.
Ostatnio doszedłem również do wniosku, że oznaką kompletnego stoczenia się jest fakt, że nie mam żadnej niedziurawej bielizny. W każdych majtkach mam wyrwę odsłaniającą połowę pośladka. Ale nie wyrzucam ich, bo trzeba by było kupić nowe - trzeba więc wyjść i wydać pieniądze. I ponownie czuję, że nie działa na mnie to bezpośrednio, jednak kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się to bardzo smutne i upokarzające.

Więcej grzechów nie pamiętam. Bardzo chciałbym zmienić swoje życie i wrócić do tego sprzed trzech lat, kiedy nawet nie myślałem o używkach, byłem człowiekiem pełnym ambicji i miłości do tego co robi. Myślałem, że opieka psychiatryczna pomoże. Pomogła, jednak w początkowej fazie, obecnie zaś, jak już powiedziałem, wracam do punktu wyjścia. Nie mam pojęcia, czego się teraz chwytać. Nie mam do kogo się zwrócić.
Chciałbym napisać Wam ziomeczki, że jak macie podobne problemy, to nie martwcie się, nie jesteście sami. To jednak wierutna bzdura. Jestem sam i najzwyczajniej w świecie nie wiem. Nie chcę przeżyć swojego życia jak wydmuszka, byleby przeżyć, jednak na takim etapie obecnie jestem.
Mam nadzieję, że nie popełniłem tutaj za wielu błędów i że wszystko jest napisane w miarę spójnie. Nie mam siły czytać tego wszystkiego jeszcze raz, ponieważ przeraża mnie to co napisałem.
Niech każdy wyniesie z tego posta, to co uważa za najistotniejsze.
Dziękuję.

Related Comments (2):

--- --- Notes
Author Swiadek_Jehowy
Posted On Fri Jul 17 09:52:52 UTC 2020
Score -9 as of Sun Jul 19 09:09:28 UTC 2020
Conversation Size 9
Body link
Nie chcę się wymądrzać, ale mam kilka rad z których możesz skorzystać.
  • Używki precz - większość z nich jest depresjogenna. Odciążysz budżet i poprawisz (na dłuższą metę) ociupinę samopoczucie
  • Uprość życie - (uwaga tu link do artykułu ŚJ na jw.org) Ostrzegam, żeby nie było, że na siłę komuś coś wciskam.
Zastanów się z jakich rzeczy ograbiających Cię z kasy lub czasu itp możesz zrezygnować, planuj budżet
  • Zastanów się, czy nie mógłbyś pomagać innym (jakiś wolontariat) Pomaganie innym często skutecznie pomaga z radzeniem sobie z własnymi problemami.
  • Pomyśl czy (jeśli bierzesz) leki nadal działają, czy może potrzebna jest zmiana dawki lub leku.
--- --- Notes
Author FirstGalacticEmpire
Posted On Fri Jul 17 10:46:30 UTC 2020
Score 19 as of Sun Jul 19 09:09:28 UTC 2020
Conversation Size 4
Body link
Uwaga Świadkowie Jehowy to grupa wysokiej kontroli, przecząca faktą naukowym, wykluczającą osoby z sprzecznymi opiniami oraz oczekująca na Armagedon w którym zginąć mają wszyscy którzy odrzucili nauki świadków Jehowy, ( z wyjątkiem tych, którzy nie mieli z Nimi styczności). Więcej informacji na: jwfacts.com, Wikipedia o Świadkach Jehowy, exjw
submitted by jw_mentions to jw_mentions [link] [comments]


2020.07.17 11:11 bloomer_from_poland Stan psychiczny na rok 2020

Witajcie ziomeczki.
To już jest, któryś raz kiedy postanawiam napisać na naszym subie dłuższy post odnoszący się do mojego stanu psychicznego? Dlaczego? Sam właściwie nie wiem. Usprawiedliwiam się tym, że może to komuś pomoże, kiedy zobaczy, że inni również mają źle. W głębi duszy jednak wiem, że jest to bardziej egoistyczne podejście - szukam miejsca do wygadania i posłuchania miłych słów. Postanowiłem stworzyć tego posta w formie listy, gdzie każdy punkt będzie mówił o innym aspekcie mojego życia. Wydaje mi się, że taka forma będzie bardziej przejrzysta i milsza dla oka. Więc zaczynajmy.
1. Życie zawodowe
Pracuję na uniwerku. Zawsze chciałem związać swoją przyszłość z nauką i czułem, że robię to co lubię. Początkowy entuzjazm stopniowo jednak wyparowywał. Czuję, że moja głowa przestała być tym czym kiedyś była. Straciłem pociąg do "ciekawostek", dzielenia się z innymi nowościami z nauki, nawet zwykłego czytania książek. Do pracy NIE chodzę jak za karę, jednak czuję się w stanie permanentnego zawieszenia. Nie potrafię domknąć żadnego mniejszego czy większego projektu. Im dłużej rzeczy tkwią w zawieszeniu, tym trudniej do nich wrócić przez co narasta wrażenie, że nie potrafię podołać takiemu zadaniu.
Z pracą wiążą się oczywiście zarobki. Uważam, że nie mam złej pensji - są ludzie którzy zarabiają dużo więcej, są ludzie którzy zarabiają dużo mniej. Kiedy zaczynałem pracę 3 lata temu, byłem w siódmym niebie dostając powiedzmy swoje pierwsze, niemałe pieniądze. Na chwilę obecną nie ma miesiąca, żebym dotrwał do końca na plusie. Wynika to z kilku rzeczy o których opowiem zaraz. Czuję permanentny strach przed brakiem pieniędzy, który tworzy u mnie taki odruch, że "idź kup sobie monsterka i coś tam jeszcze, potem będziesz się martwił.". Każdego dnia właściwie ustalam sobie budżet na każdy dzień do końca miesiąca i każdego dnia go przekraczam. Wiem, że może to brzmieć żałośnie, ponieważ ludzie żyją za najniższą krajową, ale ja po prostu nie umiem nie wydawać. Próbowałem budżetów, próbowałem wypłacanie gotówki, żeby nie płacić kartą. Zawsze przychodzi moment załamania i pieniądze znikają.
2. Życie towarzyskie
Takowego właściwie nie posiadam. Mam dwie, trzy osoby, z którymi utrzymuję stały kontakt na FB, jednak nie pamiętam kiedy ostatnio z kimkolwiek spotkałem się w rzeczywistości. Z czego to wynika? Z jednej strony żal mi pieniędzy. Z drugiej, po prostu nie mam ochoty ani siły. Wolę wrócić do domu, zostać w czterech ścianach i udawać, że bez przerwy ogarniam mieszkanie, którego swoją drogą nie potrafię doprowadzić do stanu czystości (o tym zaraz). Nie czuję bezpośredniego efektu braku kontaktu z ludźmi, jednak jestem świadomy, że takowy jest niezbędny i gdzieś na głębszych poziomach powoli mnie to wyniszcza.
3. Rekreacja
Rzeczą, która bardzo zmieniła moje życie, było podjęcie współpracy z trenerem personalnym. Od pół roku regularnie trenuję i czuję się przy tym świetnie. Widzę poprawę w wyglądzie oraz w samopoczuciu po treningu. Problem rodzi się w momencie, kiedy myślę o kosztach. Jest to kolejna rzecz, która bardzo narusza mój budżet. Myślałem parę razy nad zrezygnowaniem ze współpracy ale: boję się zawieść trenera (skrzywdzić czy jakkolwiek to nazwać), ale też nie chcę sobie odbierać tej jednej przyjemności. Wiem, że bez treningów, zasiedziałbym się do końca. Nie potrafię ćwiczyć sam na siłowni. Czuję cały czas na sobie oceniający wzrok innych, boję się braku swojego doświadczenia w szeroko pojętej technice oraz wiem, że bez zobowiązania finansowego nie będę umiał sam zmotywować się do trenowania. Być może świadczy to o mojej słabości. Z pewnością. Ale tak już mam.
4. Używki
Nie chcę mówić co - możecie założyć, że to alkohol, papierosy, narkotyki. Na tym etapie nazwę to po prostu używką. Przez dłuższy czas nie miałem z tym żadnych problemów, jednak ostatni miesiąc doprowadza mnie na skraj wydolności psychicznej, przez co częściej po to sięgam. Kolejna rzecz, która mocno narusza mój budżet i przy której czuję, że niszczę sobie życie. Mogę mówić, że nie jestem uzależniony i rzeczywiście, nie czuję, że muszę "użyć" bo jak nie to wykituję. Jednak działa to podobnie jak z wspomnianym wcześniej wydawaniem pieniędzy w sklepie. Po prostu kupuję, użyję, czuję się dobrze, jednak mam później niesamowite wyrzuty sumienia, że popadam w nałóg, że tracę jakąś swoją niewinność. Naprawdę tego nie chcę. Ale nie wiem jak temu zapobiec.
5. Miłość
To jest jedna z rzeczy, które ostatnio najmocniej mnie wyniszczyły. Przed kwarantanną poznałem dziewczynę. Sama kwarantanna miała na nas wpływ taki, że spędzaliśmy ze sobą każdą możliwą chwilę. Przez pryzmat czasu widzę, że działa to na niekorzyść, szczególnie na początku związku. Osoba ta ma również swoje problemy i ostatecznie związek się zrobił bardzo toksyczny. Nie potrafię go zakończyć ani ja, ani ona. Pisząc to, mam łzy w oczach, bo nie chcę jej stracić, ponieważ wiem, że to nie jej wina, że mamy zryte banie. Ale działamy na siebie destruktywnie. Czuję też, że urwanie kontaktu mogłoby być dla jednej ze stron wyniszczające do końca. Jest to kolejna rzecz, która wisi mi w powietrzu, z którą nie mam pojęcia co zrobić, ponieważ mam wrażenie, że każde wyjście jest złe.
6. Zdrowie
Jestem pod stałą opieką psychiatryczną. Od ponad pół roku przyjmuję escitalopram. Początkowo było lepiej, nawet kwarantannę nieźle przeżyłem, ostatnimi czasy jednak czuję, jakbym wrócił do początku przygody z depresją. Nie wiem co tutaj więcej powiedzieć.
Choruję też na inną, rzadką, śmiertelną chorobę. Jestem w fazie remisji, jednak przyjmuję leki silnie obniżające moją odporność. Obniżona odporność dodać pandemia wirusa, pomimo tego, że znów nie odczuwam tego bezpośrednio, wpływa na moją psychikę i samopoczucie. Nie boję się powiedzieć, że po prostu się boję. Boję się, że jak mnie to dorwie, to będę musiał wrócić do szpitali, uderzy mnie to silniej niż inne osoby w moim wieku, albo że po prostu umrę.
Jedna próba samobójcza - prostacka, nie mająca prawa się udać, chyba tylko na pokaz i żeby jeszcze się dobić.
7. Dom
Mieszkam na swoim, sam. Kredytu żadnego nie spłacam, dzięki czemu za mieszkanie płacę stosunkowo niewiele. Otacza mnie ciągły syf i nieporządek. Raz na jakiś czas uda mi się ogarnąć mieszkanie do perfekcji i wówczas czuję się wspaniale. Większość czasu jednak na ziemi walają się ubrania, papiery, opakowania po jedzeniu. W kuchni często zostają brudne naczynia, które ogarniam dopiero, kiedy zaczynają zachodzić pleśnią. Wracając do domu i widząc ogrom tego otaczającego bałaganu, puszczam to po prostu mimochodem. Odwracam wzrok i siadam do komputera, gdzie nawet nie gram w gry komputerowe, tylko bezwiednie i bez celu scrolluje FB, YT, Reddita czy Twittera.
Ostatnio doszedłem również do wniosku, że oznaką kompletnego stoczenia się jest fakt, że nie mam żadnej niedziurawej bielizny. W każdych majtkach mam wyrwę odsłaniającą połowę pośladka. Ale nie wyrzucam ich, bo trzeba by było kupić nowe - trzeba więc wyjść i wydać pieniądze. I ponownie czuję, że nie działa na mnie to bezpośrednio, jednak kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się to bardzo smutne i upokarzające.

Więcej grzechów nie pamiętam. Bardzo chciałbym zmienić swoje życie i wrócić do tego sprzed trzech lat, kiedy nawet nie myślałem o używkach, byłem człowiekiem pełnym ambicji i miłości do tego co robi. Myślałem, że opieka psychiatryczna pomoże. Pomogła, jednak w początkowej fazie, obecnie zaś, jak już powiedziałem, wracam do punktu wyjścia. Nie mam pojęcia, czego się teraz chwytać. Nie mam do kogo się zwrócić.
Chciałbym napisać Wam ziomeczki, że jak macie podobne problemy, to nie martwcie się, nie jesteście sami. To jednak wierutna bzdura. Jestem sam i najzwyczajniej w świecie nie wiem. Nie chcę przeżyć swojego życia jak wydmuszka, byleby przeżyć, jednak na takim etapie obecnie jestem.
Mam nadzieję, że nie popełniłem tutaj za wielu błędów i że wszystko jest napisane w miarę spójnie. Nie mam siły czytać tego wszystkiego jeszcze raz, ponieważ przeraża mnie to co napisałem.
Niech każdy wyniesie z tego posta, to co uważa za najistotniejsze.
Dziękuję.
submitted by bloomer_from_poland to Polska [link] [comments]


2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2017.12.05 19:39 ben13022 Niewidzialna ręka, czyli o potrzebie redaktora w wydawnictwach literackich.

Max Perkins, który odkrył m.in. Hemingwaya i Scotta Fitzgeralda, twierdził, że redaktor powinien być anonimowy. Sam jednak był postacią na tyle barwną, że stał się bohaterem powieści „Geniusz” Andrew Scotta Berga (w Polsce ukazała się tej wiosny w przekładzie Jakuba Jedlińskiego). Na podstawie powieści w zeszłym roku powstał słynny film Michaela Grandage’a, w którym w jego postać wcielił się Colin Firth, a Jude Law zagrał pisarza Thomasa Wolfe’a.
Perkins był dla Wolfe’a kimś więcej niż redaktor – uwierzył w niego, wspierał, a nawet zastępował ojca. Aż do czasu, kiedy pisarz go zdradził jak niewierny kochanek, bo wydawało mu się (niesłusznie), że da sobie radę bez niego. Inne związki Perkinsa z pisarzami też bywały bliskie – Scott Fitzgerald miał nieustające blokady twórcze i nie mógł skończyć kolejnych książek. Prosił więc ciągle Perkinsa o nowe zaliczki akonto przyszłych sukcesów wydawniczych, które nigdy nie następowały. Pisarz przez całe życie nie mógł wydobyć się ze spirali długów. Perkins służył też jako rozjemca i pośrednik w burzliwych relacjach Hemingwaya z Fitzgeraldem. Bywał psychoterapeutą i doradcą życiowym, a przede wszystkim uważnym czytelnikiem. Nie był wcale językowym purystą, przeciwnie, sam popełniał błędy ortograficzne i nie miał nawet umiejętności szybkiego czytania. Potrafił za to wyszukiwać talenty, uwierzyć w takich pisarzy, którzy rewolucjonizowali literaturę – i Hemingway, i Scott Fitzgerald wywoływali zgorszenie swoim sposobem pisania.
Perkins cały czas podkreślał też służebną rolę redaktora, mówiąc, że „książka należy do autora”. Jednak ówczesna krytyka zarzucała Wolfe’owi, że jego talent to tak naprawdę efekt taśmy montażowej redaktora. – Redaktor nie może stworzyć książki – mówi Dariusz Sośnicki, redaktor naczelny Ossolineum, który długo pracował w Wydawnictwie W.A.B. – Jeśli to robi, przestaje być redaktorem. Czasem wydawcy bardzo zależy na publikacji jakiegoś tytułu z powodów, nazwijmy to tak, pozaliterackich. Wówczas prosi redaktora, by ten przestał być sobą i stał się ghost writerem. Jeśli redaktor wierzy w literaturę, nie powinien się zgadzać.
Redaktor nie może całkiem stworzyć autora, ale i dziś często widać, kiedy redaktor znika – wtedy, gdy ceniony, nagradzany autor nagle, na przykład po zmianie wydawnictwa, obniża loty. W powieści „Geniusz” o redaktorze paradoksalnie zabrakło dobrej redakcji, skoro czytamy, że fryzura „nadała jej nowego wyglądu”. Brak redaktora z nożyczkami poznać można często po mankamentach kompozycji i nadmiernej długości niektórych książek. Redakcja często ogranicza się do poprawienia przecinków. I sami autorzy bywają tą biernością zaniepokojeni.
„Wiem, co znaczy zła redakcja, bo pracowałem kiedyś z panią, która, na przykład, skreślała słowo »postaw« (materiału) i pisała »postawa«, ale wiem również, co znaczy redakcja znakomita – pisał Jacek Dehnel w felietonie w POLITYCE. – Kiedyś w rozmowie z tłumaczami o świetnych redaktorach rzuciłem: »Szkoda, że nie ma za redakcję nagrody literackiej...«, na co jedna z tłumaczek od razu powiedziała: »E, i tak parę lat z rzędu tę nagrodę musiałaby dostać Marianna Sokołowska«. Kiedy pierwszy raz dostałem książkę zredagowaną jej ołówkiem, chciałem ze wstydu zapaść się pod ziemię, a pani Marianna powiedziała mi tylko, oddając kompletnie pokreślone strony: »Ależ to bardzo czysty maszynopis! Pan nawet nie wie, co ludzie przynoszą do wydawnictwa. Ja to nazywam książkami w reklamówce: jest materiał, a dopiero redaktor z materiału robi książkę«”. Marianna Sokołowska przez lata pracowała w PIW, była redaktorką m.in. Mirona Białoszewskiego i Marka Nowakowskiego. Pracowała też z Michałem Witkowskim i wieloma współczesnymi pisarzami, również debiutantami, bo ważne jest dla niej przyglądanie się nowej literaturze. Podobnie jak Perkins podkreśla, że najważniejsze w tej pracy jest podążanie za autorem: – Są tacy redaktorzy, którzy poprawiają dla samego poprawiania, bo uważają, że wiedzą lepiej. Tymczasem trzeba być adwokatem autora, zrozumieć najpierw, dlaczego książka została napisana w taki sposób. Jeśli autor nie jest zadowolony – trzeba się wycofać, autor wie lepiej!
Zła redakcja kole w oczy nie tylko przy fikcji, powieściach, ale i przy literaturze faktu. Na redaktorze książki reporterskiej ciąży jeszcze obowiązek sprawdzenia faktów. Z tym w Polsce bywa różnie, czego pokłosiem są ostatnie dyskusje o prawdzie w reportażu. – Człowiek piszący bez redaktora byłby jak cymbał brzmiący – mówi Magdalena Grzebałkowska. – Chodzi o to, że dobry redaktor to połowa sukcesu reportera. Ale, broń Boże, nie chodzi mi o toksyczny związek, gdy redaktor tak naprawdę jest ghost writerem piszącego. A to jest, niestety, nagminne w Polsce. Grzebałkowska miała szczęście do świetnych redaktorów. Od początku, od pracy w lokalnym dzienniku. Potem trafiła do „Gazety Wyborczej” pod skrzydła Małgorzaty Szejnert. – Było z nią ciężko, ale to tak, jak gdybym trafiła do klasztoru Shaolin. Nauczyłam się od niej 99 proc. rzeczy, które dziś umiem.
Teraz Grzebałkowska pracuje z Danielem Lisem ze Znaku: – Ja lubię przegadywać temat, dzielić się tym, co znalazłam, więc wiszę na telefonie i smęcę Liskowi godzinami o tym, co (aktualnie) powiedział kolega Komedy w 1956 r. I to jest cudowny przyjaciel z tego mojego redaktora, bo wszystkiego słucha cierpliwie i sprawia wrażenie, że jest tym zainteresowany. A przecież słuchanie o tym, jak autorzy zbierają materiały, jest średnio ciekawe, bądźmy szczerzy.
Dziś redaktor nie jest już kimś, kogo da się naciągnąć na zaliczki. Irena Szymańska wspominała telegramy od Broniewskiego: „zgrałem się w kasynie, przyślijcie zaliczkę na cokolwiek”. Jeśli przejrzymy korespondencję z Giedroyciem, czyli Redaktorem – kwestia pieniędzy bywała na przykład w listach Gombrowicza pierwszoplanowa. Oczywiście ten Redaktor był kimś innym niż „niewidzialny” redaktor wydawniczy. Był zarazem wydawcą książek i redaktorem naczelnym niezwykle ważnej „Kultury” paryskiej, miał swoje gusta i swoją wizję historii i literatury, ale też prowadził z autorami zwykłą korespondencję wydawniczą. I czasem nieustające molestowanie o pieniądze przez Gombrowicza potrafiło go wyprowadzić z równowagi.
Po jednym z takich listów, na granicy zerwania kontaktów, Gombrowicz złośliwie odpowiedział: „Ubawił mnie Twój list ostatni, mocno rozsierdzony i nawet, powiedziałbym, mniej uprzejmy, niżby to wypadało Twemu drzewu genealogicznemu. Proponowałbym, abyś opamiętał się i odindyczył. Nie doszliśmy do porozumienia, ale to jeszcze nie powód do uraz i obraz w sarmackim stylu. Więcej Europy. Moje pióro jest zresztą zawsze do Twojej dyspozycji pod warunkiem, rzecz jasna, iż zechcesz na przyszłość bardziej szanować jego płody. Ale jeśli Ci to nie odpowiada, to i tak nie widzę powodu do obraz i uroczystych zerwań. W ciągu tych lat powziąłem do Ciebie sporo sympatii, w niejednym mi dopomogłeś, więc rzeczywiście byłoby mi przykro, gdyby nasze osobiste stosunki miały się zmienić”.
Inną kwestią, która od zawsze zajmowała w korespondencji z autorami sporo miejsca, były wulgaryzmy. Hłasko nie godził się na wykreślanie słów, a tym bardziej zastępowanie ich trzema kropkami. Pisał do Giedroycia: „Kropkowanie słów – mój Boże (...). Można rzeczywiście skreślić słowo »pizda«, bo to nieładnie – ale to tylko robię, żeby nie obrazić naszej kochanej Zosi. (…) Mnie drażnią takie rzeczy, że na przykład amerykański pisarz może sobie na wszystko pozwolić, a polski – nie. Weźmy np. »From Here to Eternity« [„Stąd do wieczności” Jamesa Jonesa]. Książka o wojsku; wszystko jest: zdania »ja cię pierdolę«, »kutas«, wszystko. Zresztą w polskim przekładzie też, bardzo wiernie. Ja naprawdę nie nadużywam tych słów”.
Pilch opowiadał kiedyś w POLITYCE o tym, jak redaktorem jego książki „Inne rozkosze” został Ryszard Krynicki. „To była bardzo wczesna książka i ja byłem onieśmielony i zawstydzony: wielki poeta zajmuje się rzeczą początkującego prozaika. Podporządkowałem się jego sugestiom. Pamiętam, że użyłem słowa »jebać«. A że używam wulgaryzmów tylko w życiu – w literaturze ich unikam – zacząłem się zastanawiać, czy by tego słowa jakoś nie zastąpić. Na przykład »poznawać« w sensie biblijnym. Dzwonię do Krynickiego i mówię: »Ryszardzie, może by wykluczyć słowo jebać«, a on mi na to: »Wiesz, Jurku, to było jedyne słowo, przy którym się zawahałem«”.
W Polsce po przełomie, w gospodarce rynkowej, rola redaktora w wydawnictwie zmalała. Sam proces wydawniczy się skrócił – tak by dało się publikować jak najwięcej tytułów. Różnica jest taka – jak wspomina Sokołowska – że kiedyś w PIW było 51 redaktorów i 12 redakcji. Teraz jest jeden, dwóch redaktorów. Nie ma już redaktorów wydawniczych, są prowadzący, którzy jak zawiadowcy stacji przyjmują i odsyłają. Najważniejsze, by było w terminie.
Kiedyś w tym zawodzie się terminowało: najpierw przychodziło się do korekty. Redaktorzy przyglądali się kandydatom. Ważny był zespół i wspólne omawianie tekstów. – Wygląda na to, że gospodarka socjalistyczna, ze swym ukrytym bezrobociem, sprzyjała rozkwitowi sztuki redaktorskiej. Redaktorzy na etacie nie tylko mieli więcej czasu na pracę, ale także tworzyli warsztaty, w których umiejętności nabywało się, terminując przez lata u lepszych, a przynajmniej bardziej doświadczonych – dodaje Dariusz Sośnicki.
Dziś, skoro trzeba wydać szybko, wydawca nie daje już redaktorowi tyle swobody, nie staje też po jego stronie. Wtedy redakcja musi się ograniczyć do szybkich poprawek ortografii. I stąd chyba taki zalew książek bez redakcji. – Efekt pracy grafika widoczny jest gołym okiem, nawet typografa stosunkowo łatwo docenić, ale o redaktorze na podstawie jednej książki nie możemy powiedzieć prawie nic, chyba że kompletnie zawiedzie. Styl pracy nad tekstem uwidacznia się dopiero po kilku tytułach, szkoły redagowania tworzą się przez lata. W wydawnictwach zarządzanych przez menedżerów redaktor ma małe szanse na uznanie, nikt się nie będzie z nim liczył – mówi Sośnicki. W wydawnictwach skurczyły się redakcje, za to rozrosły działy promocji. Każda niemal książka jest promowana jako wydarzenie literackie, tymczasem takie zachwyty zwłaszcza młodym autorom, jak mówi Marianna Sokołowska, przewracają w głowie: – Lansuje się coś jako arcydzieło, a potem jest tylko gorzej.
W czasach Perkinsa dobra redakcja mogła sprawić, że książka stawała się bestsellerem. Dziś paradoksalnie rozmaite polskie bestsellery sprawiają wrażenie niezredagowanych. Taka bywa siła promocji i wizerunku autora. Chociaż i wcześniej bywało, że wydawnictwa nie do końca wierzyły w opinie fachowców. Bardzo się na przykład obawiano o losy „Po tej stronie raju” Francisa Scotta Fitzgeralda. Wydawcę przekonał dopiero eksperyment. Pewien redaktor z tego wydawnictwa „zwykł zabierać książki do domu, żeby dać je do przeczytania siostrze erudytce. Uważano, że jest nieomylna, i rzeczywiście – wiele pozycji, które odrzuciła, odniosło sukces i wspaniale się sprzedawało. Koledzy w wydawnictwie, wiedząc, że Burlingame zabrał książkę do domu na weekend, z niecierpliwością czekali na niego w poniedziałek rano. Kiedy przyszedł do pracy, chórem zapytali: „Co powiedziała twoja siostra?”. „Podniosła ją szczypcami do drewna – odparł – bo po przeczytaniu nie chciała jej więcej dotykać, i wrzuciła do ognia”. I książka rzeczywiście okazała się sukcesem.
Wydawnictwa oszczędzają na redaktorach, stawki są tak niskie, że trudno się w tym zawodzie utrzymać. – Znalezienie dobrego redaktora „beletrystycznego” graniczy dziś z cudem – mówi Sośnicki. – Jeśli się traktuje tę pracę poważnie, utrzymanie się z redagowania książek jest po prostu niemożliwe. Dziś większość redaktorów to samoucy i wolni strzelcy.
Cierpią na tym literatura i sami autorzy, którzy potrzebują współpracy z redaktorem i jego dogłębnej lektury. A także wydawcy, bo każda niezredagowana książka w oczach czytelników obniża prestiż wydawnictwa. Warto posłuchać Perkinsa, który traktował literaturę jako sprawę życia i śmierci i mówił, że „nie może być nic ważniejszego niż książka”. Czas, żeby polscy wydawcy to wreszcie zrozumieli.
źródło: https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1704670,1,ksiazka-potrzebuje-redaktora.read
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.11.10 19:37 SoleWanderer Polski proboszcz marzy o teokracji

http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22625458,norman-daies-polski-proboszcz-marzy-o-teokracji.html
Prof. Norman Davies – ur. w 1939 r., wybitny historyk brytyjski i polski. Jako jeden z pierwszych badaczy zachodnich studiował w Polsce i pisał o historii Polski. Wydał m.in. książki: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Europa. Rozprawa historyka z historią”, „Mikrokosmos” (historia Wrocławia), „Powstanie ’44” (historia powstania warszawskiego), „Szlak nadziei” (o armii Andersa). Właśnie opublikował u nas książkę „Na krańce świata” (z podróży dookoła globu). Jest obywatelem brytyjskim i polskim, kawalerem Orderu Orła Białego
Maciej Stasiński: Pańska ostatnia książka „Na krańce świata” sprawia wrażenie summy pana wiedzy i doświadczeń. Ma się wrażenie, że wychodząc od nich, chciał pan opisać historię świata, jadąc dookoła niego.
Prof. Norman Davies: Bo ja wiem, czy summa? Raczej nowy początek. To próba obserwacji nowych krajów, każdy z nich był dla mnie nieznany. Chciałem sprawdzić, czy mam anteny do odbioru dziejów tych krajów. Cytuję tam poemat Tennysona o ostatniej podróży Odysa. Coś w tym jest. Może to taka ostatnia przygoda?
W końcu ja przez pół wieku pisałem o Europie. Byłem chyba pionierem pisania o tej drugiej Europie, po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. To była moja misja życiowa. Tym razem chciałem od Europy i europejskich spraw odpocząć. Ta podróż i książka są ćwiczeniem z uczenia się i odkrywania. Przy tym użyłem zgromadzonej wiedzy historycznej do zrozumienia nowych krajów i tematów, często dla nas wręcz egzotycznych. Mam nadzieję, że dla czytelników to będzie otwarcie innej perspektywy. Wie pan, jak się siedzi na Tahiti, to Europa leży bardzo daleko i jest strasznie mało znacząca.
Byłem dopiero co na spotkaniu z czytelnikami we wspaniałym Kutnie, tematem była poprzednia moja książka, o armii Andersa. Spytali mnie: „O czym pan teraz pisze?”. Mówię, że o mojej podróży dookoła świata i że nie będzie tam nic o Polsce. Dostałem brawa. To ciekawe, bo ja akurat uważam, że Polacy za dużo myślą o sobie i o swojej historii. Ja sam też czułem potrzebę oderwania się od niej. Nie było to celem mojej podróży, ale taką rolę ona odegrała.
W książce burzy pan wyobrażenia o imperializmie Europejczyków i potoczny w wielu krajach ogląd dziejów z punktu widzenia ofiary europejskiego czy amerykańskiego imperializmu. Pokazuje pan, że imperializmów było wiele i że podbój, zniewolenie, panowanie nad innym narodami zostały najpierw wypróbowane w samej Europie. Ale także, że te pozaeuropejskie światy wcale nie były wcześniej oazami pokoju i wolności. Panowały w nich te same mechanizmy podboju, niewolenia i wyzysku.
– Tak jest. To jest moja teza. Oczywiście, że Europejczycy padali ofiarą swoich imperializmów. Na Wyspach Brytyjskich kolejno Kornwalijczycy, Irlandczycy czy Szkoci byli ofiarami imperializmu angielskiego.
W czasie podróży dookoła świata powtarzałem te tezy na wykładach. Nie bito mi jednak mocnych braw. Grzecznie słuchano, ale nie było to tak dobrze przyjmowane, jak się spodziewałem. W Malezji młoda pani krzyczała na mnie, że bronię imperializmu europejskiego, a w Nowej Zelandii – wręcz przeciwnie – zaatakował mnie ktoś, twierdząc, że kwestionuję osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Dobrze, że poruszyłem ten temat, ale nie trafiłem do publiczności, tak jak chciałem.
Czy więcej się pan w tej podróży nauczył nowych rzeczy, czy raczej pańska wiedza i erudycja się potwierdziły? A może zostały zanegowane?
– Myślałem, że jestem w pewnym stopniu erudytą, a okazało się, że mało wiem. Dowiadywałem się niebywałych rzeczy. Trochę wiedziałem o historii języków, zwłaszcza europejskich. Sir William Jones, też Walijczyk, jak ja, który był sędzią w Kalkucie w XVIII wieku, znał walijski, angielski, grekę i łacinę, a pracując w Bengalu, zaczął się uczyć bengalskiego. To on odkrył pokrewieństwo języków hindi i sanskrytu, z językami europejskimi. Od niego zaczęło się badanie języków indoeuropejskich. A na plaży w Polinezji dowiedziałem się, że jest wielka rodzina języków austronezyjskich, jest ich 3 tys. Mówią nimi mieszkańcy wysp rozproszonych od Madagaskaru po pacyficzną Polinezję. Odkryto ich wspólne korzenie w drugiej połowie XX wieku. To tylko jeden przykład mojej oszałamiającej niewiedzy.
Gdzie indziej moja wiedza się potwierdziła. W Azerbejdżanie przekonałem się, że 2 tys. lat temu nie było ani Azerbejdżanu, ani Azerów. Nie było też, rzecz jasna, islamu ani muzułmanów. Była za to Albania Kaukaska – wschodni limes imperium rzymskiego. Jest tam wyryta w kamieniu inskrypcja Rzymianina, który tam dotarł w II wieku. Zresztą wtedy nie było też na Wyspach żadnych Anglików, byli jacyś Walijczycy, Celtowie. To mnie utwierdziło w opinii, że koncepcja tzw. rdzennych ziem jest nowożytną fikcją i fałszem naszej epoki.
Kiedy w latach 60. przyjechałem do Polski, oficjalna polityka historyczna PRL-u była taka, że Polska wróciła na swoje odwieczne, rdzenne ziemie słowiańskie i polskie. To oczywiście w odniesieniu do tzw. ziem odzyskanych miało ostrze antyniemieckie. O Celtach nikt wtedy nie mówił.
Ambasadorem USA w Warszawie był wówczas Richard Davies, nazywał się tak jak mój ojciec i był walijskojęzycznym Amerykaninem, fanatykiem archeologii celtyckiej. Zaprzyjaźniłem się z nim i on zabierał mnie na wycieczki po Polsce. Kiedyś przyszedł urzędnik z MSZ i pyta: „No, panie ambasadorze, dokąd dzisiaj pojedziemy?”.
A Davies na to: „Zobaczymy kamienne kręgi celtyckie na Dolnym Śląsku”. Ten gość z MSZ mówi: „Co? Nie ma niczego takiego”. „Ależ są” – mówił ambasador. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że ideologicznie można przerabiać nawet prehistorię.
I to jest jeden z tematów mojej książki. Miałem z moim londyńskim wydawcą różnicę zdań o tytuł. On chciał dać „Native Lands”. A ja się uparłem, że nie, bo nie ma czegoś takiego jak rdzenne ziemie. To fikcja. Każdy naród ma skłonność do twierdzenia, że tu mieszkał i panował od zawsze, że to jego odwieczne siedziby, a reszta to obcy, więc won! Ta wiedza mi bardzo pomogła, byłem dobrze przygotowany.
Ten powrót do rdzenności, nacjonalizmu, swojskości czy „naszości” widać wszędzie w Europie. A przecież po II wojnie światowej właśnie świadomość, że nacjonalizmy i totalitaryzmy wpędziły Europę w dwie wojny ludobójcze i że trzeba przekroczyć ramy narodowe i budować wspólnotę europejską, stała się ogromnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Dlaczego Europa się kruszy?
– Nie mam wątpliwości, że to reakcja obronna na globalizację. Sporo ludzi woli wrócić do swoich małych ojczyzn i wspólnot. To strach przed utratą tożsamości, poczucia bezpieczeństwa. W każdym takim ruchu kryje się nostalgia za utraconym czasem czy rajem. Ale to wszędzie mity i fantazje.
W Polsce ideologię Blut und Boden [krew i ziemia], niemiecką przecież, przejęli narodowa demokracja i Roman Dmowski. Piłsudski i sanacja przez 20 lat walczyli przeciw tej ideologii. Polska przedwojenna była przecież wielonarodowa i wielowyznaniowa.
Poza Polakami mieszkali tu Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Litwini. Armia Andersa była odzwierciedleniem tamtej Polski. Po wojnie ideologię nacjonalistyczną przejęli polscy komuniści. Zresztą Stalin też to zrobił i był wielkorosyjskim nacjonalistą, nie bronił Gruzinów i innych narodów, przeciwnie. I ten rosyjski nacjonalizm najlepiej trzyma się dziś właśnie w Rosji Putina. Twierdzi on, że Krym to odwieczna rosyjska ziemia. Nonsens. W Wielkiej Brytanii brexit to także odruch angielskiego nacjonalizmu, który twierdzi, że ktoś Anglikom odbiera ich pewność siebie, pozycję na Wyspach, jacyś Szkoci, Europejczycy.
W Polsce PiS przejawia oczywistą nostalgię za PRL-em. Ci ludzie mówią, że są bardzo antykomunistyczni, ale w gruncie rzeczy chcą mieć swój PRL, swoje politbiuro oraz partię rządzącą kontrolującą całe państwo. Ma być silna władza, porządek, można znowu pluć na Niemców. Przecież „Rota” tak każe: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Kaczyński w butach Gomułki.
Kaczyński przez 25 lat zbierał żywioły rozczarowanych ustrojem liberalnym. Wie, że tylko Polską opanowaną przez takie żywioły może rządzić, bo inna go wypluje. Ale dlaczego ta nacjonalistyczna matryca jest wśród ludzi tak żywa, że idzie za nią jedna trzecia dorosłych Polaków?
– M.in. dlatego, że popiera ją Kościół katolicki. Zgadza się, że Kaczyński zbierał tych wszystkich nieszczęśliwych, ale przecież najbardziej nieszczęśliwy był i jest kler albo jego większość. W Krakowie słyszałem przerażające kazania: „Żyjemy w bezbożnych czasach, liberałowie są jak komuniści, niszczą naród”, i inne takie absurdy. Lenin to liberał!? Stalin liberalniejszy?! Wierni cały czas łykają taką truciznę. Przegapiliśmy te zjawiska.
W czasach „Solidarności” Kościół czekał na nadejście teokracji. Wierzył, że jak upadnie komunizm, to on wkroczy do swojego królestwa, gdzie proboszcz będzie pił herbatę z sekretarzem czy ministrem, a państwo będzie za pan brat z Kościołem. Zamiast tego dostał państwo świeckie, przynajmniej formalnie, potem prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. I przyszła bezbożna Unia Europejska – wbrew nadziejom Kościoła na teokrację.
Ale papież Jan Paweł II miał w tej sprawie całkiem inne zdanie. – Jasne, ale on hamował polski Kościół tylko tak długo, jak mógł, czyli dopóki żył. A kiedy odszedł, od razu odezwała się cała ta reakcyjna ideologia. I PiS krzyczał, że robi politykę zgodną z naukami papieża. To nonsens.
Znak, w którym od zawsze wydaję swoje książki, „Tygodnik Powszechny” – to jest ten Kościół liberalny i otwarty, który został potępiony. Przecież papież Franciszek też jest potępiany w Polsce. Jakby katolicyzm nie był ze swej istoty uniwersalny, czyli powszechny, tylko narodowy!
A dlaczego idą za tym młodzi ludzie?
– Kościół ma duże wpływy także wśród młodych. W szkołach jest mnóstwo lekcji religii. Kościół podsyca nastrój, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, poczucie zagrożenia ze strony obcych. Młodzież ma wybór: wyjechać lub posłusznie zostać. Chyba wyjeżdżają ci odważniejsi i lepiej wykształceni, a zostają ci bojaźliwi. W Wielkiej Brytanii mam kontakty z młodymi Polakami, którzy wcale nie chcą wracać do Polski, bo im się ta atmosfera nie podoba. Zaczepiła mnie niedawno w autobusie młoda Polka, która mnie poznała. Zaprosiliśmy ją. Przyszła ze swoim partnerem, Ugandyjczykiem. Opowiadała, że nie może wrócić z nim do Polski.
Polska po wojnie została sztucznie wyprana z etnicznego bogactwa nie przez swą decyzję, tylko przez historyczny los. Przed wojną Polacy byli w Polsce większością, ale każdy miał sąsiada – jak nie Żyda, to Niemca, jak nie Ukraińca, to Białorusina.
Po wojnie młodzi Polacy nie nauczyli się, co to jest współżycie wielu kultur, wyznań, ras. Mój syn Christian jest w Polsce i lubi tu być, ale to jedno uważa za dziwne. On się wychował w warunkach, w których pluralizm rasowy i wyznaniowy jest normą. Tak samo jest we Francji czy Niemczech. Młodzi Polacy rzadko to znają, nie mają takich kolegów w szkole czy na osiedlu. W 5--tysięcznym Kutnie jest pewnie bardzo mało obcokrajowców. Dla młodych Polaków oni są obcy, groźni. Na takiej glebie kwitnie ideologia PiS-u.
Rodzina mojej żony pochodzi ze Lwowa, po wojnie „przesiedlonego” na zachód. O Wrocławiu, w którym osiedliło się wielu Kresowiaków, napisałem książkę. Ci ludzie przeszli w czasie wojny i po wojnie prawdziwą „pralkę”, wymieszanie ziem i ludzi: Lwów i Wilno, Wrocław czy Szczecin. Co Szczecin miał wspólnego z Polską? I gdzieś kryje się strach, że to wszystko może zostać odebrane i trzeba bronić języka, ziemi, Kościoła.
Ale skąd u młodych kult tych prostych anachronicznych prawd: Bóg, Honor, Ojczyzna, powstanie, „żołnierze wyklęci” itd.? Przecież to mity i wiek XIX.
– Wie pan, niektóre prymitywne ludy wyspiarskie na Pacyfiku po zetknięciu się z przybyszami z Europy popadają w tzw. kulty cargo, wierzenia w nadejście nowego porządku. Gdzieś czczą Nixona, gdzie indziej w Afryce kapłan przekonuje ludność do masowego uboju bydła, po którym nastanie szczęśliwość itp. Taka wiara w nowy początek występuje też gdzie indziej. Brexitowcy w Wielkiej Brytanii wierzą, że kiedy Wielka Brytania odejdzie z Europy, to się odrodzi.
Czasem jesteśmy bezradni wobec tego, co się dzieje. Jak wytłumaczyć Donalda Trumpa? Wiadomo, że takie typy istnieją, ale żeby ktoś taki wygrał wybory i został prezydentem pierwszego państwa wolnego świata!? To dla nas za dużo. Brak nam zasobów intelektualnych, żeby to zrozumieć. Dlatego sięgamy do antropologii, do kuriozów psychologii zbiorowej, żeby pojąć takie zjawisko.
Czy Kaczyński wiedział więcej? To raczej instynkt. On wyczuł, że jest jakaś społeczna nisza, i wszedł w nią.
11 listopada to rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Za rok setna. Mam poczucie wielkiego fałszu, kiedy celebruje się tę datę dzisiaj, w sytuacji gdy wielbiące ją władze wyprowadzają Polskę z Europy na jakieś dzikie pola. Polska w Europie albo nigdzie, tak myślę. Co pana zdaniem dla Polaków powinna oznaczać ta rocznica?
– Ja obchodziłem ją przez wiele lat, kiedy w Polsce była zakazana. Wykładałem o niepodległości Polski raz do roku od Chicago po Adelajdę i w całej Wielkiej Brytanii. To było potrzebne, bo wtedy w Polsce były tylko 1 Maja i rocznica rewolucji październikowej. Dziś niepodległość jest, ale kontekst się zmienia. Narodziny państwa polskiego są ważne, ale trzeba pamiętać, jak krótko ono trwało. Nie tylko to, jak się zaczęło, ale też to, jak się skończyło zaledwie 21 lat później.
Nie ma co zbyt mocno trąbić o niepodległości, suwerenności i prawie do samostanowienia, jak często wielu robiło w Europie. Bezmyślne mówienie wciąż o sobie do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma co uderzać w tony triumfalne. Historia II Rzeczypospolitej była tragiczna. Niekoniecznie z winy Polaków, ale też nie bez niej. Polska niepodległa nie była bez skazy. Trzeba mówić o rocznicy niepodległości, ale chodzi o ton i dobry gust. Należy zawsze pamiętać o ciemnych stronach.
Zwłaszcza dziś ten triumfalizm jest bez sensu. Polska stała się niemal czarnym ludem w Europie.
– To może przesada, choć w tym kierunku zmierzają zdarzenia. Możliwe jednak, że rząd PiS-u nie potrwa długo albo będzie się zmieniał. Historia jest pełna niespodzianek. Opowiadanie o mocarstwowości Polski to oznaka słabości. Mówi pan: Polska samotna, w Europie albo nigdzie. Gdzieś będzie. Tylko gdzie?
Mówię o Polsce z pewnym skrępowaniem, bo mój pierwszy kraj zaraz może być wyspą dryfującą po oceanie. Wielka Brytania jest może nawet bardziej podzielona niż Polska, nie tylko między rząd i opozycję, skłócona jest też partia rządząca. Premier May jest niewolnicą tych podziałów.
Rząd próbuje przeprowadzić brexit bez parlamentu, ale to wbrew tradycji brytyjskiej. Parlament jest ostatnią suwerenną instancją. Rząd próbuje też rządzić bez konsultacji ze Szkocją, Walią i Irlandią Płn. Jeśli do brexitu dojdzie, pewne jest nowe referendum w Szkocji, nastąpi separacja i koniec Zjednoczonego Królestwa. Ten rozpad zaczął się w 1922 r., kiedy oddzieliła się Republika Irlandzka. Potem II wojna kraj zjednoczyła, ale po wojnie siły odśrodkowe narastały.
Może jednak do brexitu nie dojdzie, może w ostatniej chwili w obliczu katastrofy nastąpi bunt i parlament to zatrzyma. Ale brexit i rozpad Zjednoczonego Królestwa nadal są możliwe. Wtedy będzie trzęsienie ziemi. I skutki odczują wszyscy. Jak odpadnie taki płatnik do budżetu Unii, to poczują to ci, którzy biorą więcej. Zjednoczone Królestwo może się stać zaginionym królestwem, napisałem o takich książkę. Unia też może się takim stać. Może nawet trwa wyścig, kto pierwszy zniknie. To wszystko jest groźne, ale nie wiemy, czy śmiertelne. Stary historyk wie, że nic nie jest wieczne. Nawet Związek Sowiecki wyglądał mocno dzień przed śmiercią.
Polski rząd niszczy Muzeum II Wojny, którego kolegium programowemu pan przewodził.
– Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy przez osiem lat. Świetna załoga, doskonały dyrektor. Pokazaliśmy znakomitą panoramę II wojny. Nie brak mocnych akcentów polskich, ale przecież to była wojna światowa, a nie wojna Polski przeciw reszcie świata. Trzeba pokazywać bohaterstwo, ale też jego brak. Równowaga na wystawie jest dobrze zachowana. Jednak dla ludzi, którzy chcą mówić tylko o Polsce, to oczywiście nie jest dobra wystawa.
Rząd nie znosi głównego przesłania wystawy, antywojennego i antynacjonalistycznego.
– Chcą wystawy ideologicznej i selektywnej dla posłusznej publiczności. Ale ekspozycja jest ogromna. Nie wiem, czy dadzą radę ją zmienić krok po kroku, jak próbują. Na razie nie podburzają przeciw niej gniewu ludu, jak bywało w PRL-u. Wierzę, że Polacy to buntownicy i tolerują takie rzeczy tylko do czasu.
Czy obecna recydywa nacjonalizmu w Europie i Polsce to ostatnie podrygi anachronicznej XIX-wiecznej wsobnej ideologii, czy raczej fala reakcji, która na długo pogrąży nas w smucie?
– Jestem zdania, że niestety raczej to drugie. To wygląda na bardzo głęboką reakcję na zmiany w świecie. Na utratę poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, pewności. Europa miała wojnę co pokolenie. Teraz ma najdłuższy od XIX wieku okres pokoju. Panuje jakiś dyskomfort, „ból” pokoju. Nagromadzenie złych emocji nie wiadomo skąd. Kiedy jest bezrobocie i nędza, to zawsze rodzą się skutki polityczne. Ale tym razem tego nie ma. Zwłaszcza w Polsce. Ta nowa choroba powstała, kiedy wszystko szło raczej dobrze. Przecież tych zjawisk nie było w latach 90. XX wieku, kiedy nastąpiła całkowita zmiana ustroju. Wtedy wszystko obyło się bez wstrząsów. To, co się dzieje, jest nieracjonalne i nie tak oczywiste, jak wcześniej bywało.
Jako prekursor piśmiennictwa historycznego sklejającego dzieje Europy, do niedawna podzielonej wedle pańskiego bon motu „East the beast, West the best”, ma pan poczucie spełnionej misji?
– To niekończące się zadanie, ale, owszem, mam poczucie, że moja praca dała efekty. Piszę o Europie od 50 lat i widzę, że nawiązania do moich książek, cytaty z nich są liczne, żywe i aktualne. Wywarły wpływ na myślenie o Europie. Historia kontynentu na Zachodzie przed publikacją w 1996 r. mojej „Historii Europy” w Oxford University Press wyglądała zupełnie inaczej. Ona nadal się sprzedaje i się nie starzeje.
Ale nie mogę iść spać. Stereotypy o Europie Wschodniej mają długie nogi i wracają wciąż w nowych formach. Nie chodzi tylko o relacje Wschód – Zachód, ale także Północ – Południe. W ogóle chodzi o włączanie wszystkich wątków i obszarów, o historię inkluzywną, a nie selektywną. Nie można wybierać krajów wygodnych czy pasujących do tez jak wisienek. Historyka obowiązuje ogarnianie całości. To ideał, jednak trzeba go ścigać.
Ma pan satysfakcję, że pana szkoła trwa? Młodsi od pana poszli w pana ślady i uczyli się języków, żeby sięgać do źródeł i pisać o Europie Wschodniej: Timothy Garton Ash, Tony Judt, Timothy Snyder, wcześniej Daniel Beauvois.
– Oczywiście. Byłem egzaminatorem na obronie świetnego doktoratu Timothy’ego Snydera. Beauvois i ja jesteśmy nestorami tej szkoły. Ale mam kolegów i kontynuatorów. To mnie cieszy.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]